Triumph Sprint 955i RS

czwartek, 28 wrzesień 2006 11:16 | wzięte na testa

TRIUMPHALNY MARSZ W RYTMIE DIESLA

Tekst: Lulejko

Przeczytawszy w jednym z „poczytnych” czasopism artykuł na temat Triumph’a Speed Triple ogarnęła mną żądza poskromienia dostojnego Anglika - chciałem go dosiąść i sprawdzić czy rzeczywiście tylko tyle potrafi co napisali i przedstawili na zdjęciach.

W ramach wyjaśnienia: opisywano zalety i chwalono motocykl za stricte extremalne podejście do jazdy, lecz ja odczułem lekkie rozczarowanie, by nie napisać zażenowanie zapoznając się z tym chwalebnym artykułem.

Pisali, iż delikatne odkręcenie manetki gazu wywołuje potężny skok momentu obrotowego. Rączka gazu tak precyzyjnie reaguje, że wysokość przedniego koła w trakcie wheelie można kontrolować niemal, co do centymetra i to z pewnością jest jedyna słuszna prawda.

Natomiast, gdy ujrzałem zdjęcie z gumą na wysokości pół metra od gleby, cały zadrżałem a mięśnie napięte zastygły mi, jak podczas silnie przeżywanego orgazmu – ojjjjjj ale szedł na odcięciu, extremalnie pełną gębą…wstydzili by się….

„Ciekawym” pomysłem ostrej zabawy była jazda z „dumnie wysoko” podniesionym przednim kołem, w czasie której przynajmniej dwa razy można było zmienić biegi bez zetknięcia przodem z asfaltem. Wystarczyło zadrzeć nosa o pół metra wyżej, przypomnieć sobie o tylnych heblach i balansując, pewnie dało by się zapiąć kolejną dwójkę, no ale do takiej jazdy trzeba mieć już jaja i to nie te przepiórcze.

Nieco zbulwersowany, jak sądzę niezamierzoną słabą prezentacją Speed Triple’a dorwałem w swe szpony starszego brata Angola: Sprint’a z 2003 roku, którego to, tu i teraz przedstawię w całej swej lordowskiej okazałości.

Wielki Brytyjski turysta wykona wszystkie wyżej opisane ewolucje udowadniając, iż Triumph Speed Triple z dużo większym momentem obrotowym i zwartą sylwetką jest prawdziwym naked bike’m do extremalnej jazdy, a i sam Sprint’er nie musi chować głowy w piasek.

Triumph Sprint 955i RS – first(and last) look.

Początkowo myślałem, że wykonano przeszczep montując silnik matiza w jednośladzie, te trzy rurki wychodzące z cylindrów wyglądają troszkę… no właśnie nie wiem jak, może dziwnie. Motocykl posiada swój niebagatelny styl i charakter, co może być w prawdzie zasraną, ale zawsze zaletą.

Angielski dostojnik, błyszczący jak ściskane jaja, o dopieszczonych, efektownych detalach, wyposażony w niecodzienną trzy cylindrową jednostkę napędową jest typowym turystycznym motocyklem dla zwykłego zjadacza much.

Wygodna na pozór, pochyła pozycja kierowcy, zapewnia odpowiednią widoczność a także schronienie przed wiatrem, jednak jest tak bardzo normalna, że nuda wieje pod owiewką jak huragan. Siedzenie dokładnie wyprofilowane z wkładką silikonową - to pewnie inny silikon niż ten pchany do babskich cycków, ale równie miły w kontakcie z dupą.

A” propos: w przypadku jazdy z pasażerką mamy też miły kontakt z dupą… Lampy takie sobie, wydech jak koparko- ładowarka Fadroma, zegary proszą głośno o odrobinę polotu. Silnik ma tyle śrubek co nitów w Moście Poniatowskiego i to jeszcze dla kontrastu - błyszczących! Po co się chwalić, że składa się silniki jak w parowozowni? Może to przykład z ostatniego „sportowego BMW”, gdzie można odkręcić 200 śrub i jeszcze się wszystko trzyma.

Jednostronny wahacz od 15 lat nie jest nowością, ale bez czepiania się: lepiej, że taki niż np. z Kawy numer 12… Klang silnika jakiś dziwny i od razu można się „jorgnąć”, że to trzy cylindry. Zawsze to lepiej niż dwa nawet jak już wszyscy mają cztery.

Motocykl przyśpiesza od początku bardzo płynnie aż do maksimum obrotów, ma dół, ma górę- taki płynny „mułek”. Jedzie ok. 250 km/h. W gąszczu górskich serpentyn trzyma się doskonale obranego kursu, za sprawą dobrze zestrojonego zawieszenia i nisko usadowionego środka ciężkości, można go składać w zależności ile, kto ma ikry. Kiwa trochę w przypadku kierowcy o wadze powyżej 100 kg.

Heble dramatyczne i nie ma co gadać. Dusisz i dopiero za chwilkę można poczuć reakcję. Stalowe przewody to niezbędny zakup żeby poprawić turystyczny charakter sposobu zatrzymywania.

Triumph Sprint 955i RS – wheelie.

Trzymając dupę ze stałym kontaktem z silikonową wkładką można Sprint’a poderwać ku niebiosom z pierwszego biegu jadąc do trzech tysięcy obrotów i waląc ze sprzęgła. Do trójki można spokojnie przebijać, delikatnie kontrując hamulcem i nie powinno się nic dziać – nerwus z niego żaden.

Opadając mamy ok. 160 km/h, więc całkiem, całkiem. Po takich pięciu razach jeden za drugim z tylnych hebli zostają wspomnienia, utrwalane smrodem spalenizny, grzeją się tak z zaciskiem, że można zrobić sobie grilla i podpiec karkówkę.

Tak naprawdę wykonanie efektownego wheelie prostrze jest jadąc na stojąco, oczywiście wspomagając się strzałem ze sprzęgła na zapiętym pierwszym lub drugim biegu. Udaje się czasem wyrwać i z trójki ale to bardzo męczące i niewdzięczne wyzwanie. Gumując na stojąco powyżej 130 km/h angol dostaje niebezpiecznych wibracji, spowodowanych jak sądzę dużym rozstawem osi. Po jednym dniu takiej szalonej jazdy luz na główce ramy zrobił się nie do zaakceptowania.

Trenowałem „gada” dość intensywnie jeżdżąc samopas po Katowickich autostradach więc jak umówiłem się z chłopakami na wspólne loty nikt nie przypuszczał, że „to coś” może efektownie dzidować. Kumple jak zwykle: guma i jazda! Ja koło nich jak Crazy Frog: ba ba ba ba i wszystkim spadły szczeny w kaskach (niezapiętych widocznie). Lulas górą!

Triumph Sprint 955i RS – stoppie

Praktycznie niemożliwe. Nurek i gleba pewna. Udaje się podnieść ociężałą dupę, ale daleko do fajerwerków ze względu na wspomniany hebel i rzucanie na boki.

Triumph Sprint 955i RS – motherfucker

Generalnie sprzęt zamiata nieźle i można go zakwalifikować jako „przyzwoity” do jazdy po mieście i w niedaleką trasę. Przyjazny silnik, mimo swego kalectwa związanego z brakiem jednego cylindra radzi sobie bardzo poprawnie.

Pierwsze skojarzenie, że przecież Wartburg miał tyle fajek ustępuje szybko dobremu wrażeniu, które wywołuje, również trzy-cylindrowy wymarzony Benelli Tornado 900. Uderzające wrażenie doskonałego rozłożenia mocy i momentu w pełnym zakresie obrotów jest tutaj zamierzone i mimo tego, że moc maksymalna nie jest zwalająca z nóg to dla rozważnego jeźdźca silnik stanowi arcydzieło.

Strategia długoterminowa producenta polega na sprzedaży zaśniedziałej marki w coraz nowocześniejszym ubranku, jednak ciężko się pogodzić z faktem, że tak wolno ta ewolucja następuje. Może jednak o to chodzi by 50-cio latek przypomniał sobie o starych czasach, gdy podrywał laski na ociężałego jednocylindrowego Triumpha?

Może to taki pomysł na ponowne narodzenie? Kiedyś przecież motocykle miały 18 koni i sprawiały frajdę, to takie mające ponad sto doprowadzą prawie do orgazmu. Lekko siwiejący pan pamięta zapewne, że ta marka była zawsze starannie i solidnie wykonana.

Dzisiejszy Triumph jest nie tylko dopracowany w szczegółach, ale też odpowiednio zaprojektowany. Rama jest ciężka i mocna. Zawieszenia Schowa dają możliwość regulowania w dużym zakresie przeciążeń, tak że jeśli małżonka przez lata przytyła bardzo to i tak ją można przewieźć (można też próbować zgubić…). Kanapa prawie taka fajna jak w Junaku, czyli nawet można posadzić dzieciaka między małżonkami i nie spadnie, a nawet może zaśnie.

Triumph Sprint 955i RS – fun killer

Ktoś, kiedyś napisał, że ten motocykl był tworzony wzorem legendarnej Hondy VTR 800, jak tak się przyjrzeć z daleka to może nawet przypomina poczciwą V-kę, która sprzedawała się jak popcorn w kinie ku uciesze użytkowników. Jakkolwiek jednak unikam porównań motocykli japońskich z angielskimi tak w tym przypadku widać, że Anglicy są konserwatywni ponad miarę.

Osobiście na komediach typu Monthy Pyton siedzę poważny jak przy TV Trwam i angielski humor i styl życia nie leży mi ni hu hu… Tym bardziej nie rozumiem dlaczego robią filmy i nazywają je komediami, oraz dlaczego robią jednoślady i nazywają je motocyklami.

zobacz galerię zdjęć

Inter Cars S.A.

2 komentarzy do “Triumph Sprint 955i RS”

pokaż / ukryj komentarze

Dodaj komentarz