DZWON CZAPKI
tekst: Lulejko
Był pierwszy słoneczny dzień, roku pańskiego 2006, kiedy to zaczęliśmy szaleć na drodze do kompostowni. Wszyscy się powoli zjeżdżali aż tu nagle wpadł „Czapka”, który zakończył poprzedni sezon na naszej ulubionej drodze trafiając „sradem” w sam środek ostatniej latarni i to na wysokości 2 metrów, wykręcając backflipa.
Wracając do ostatnich wydarzeń, ludzi było już dużo, jak przystało na matadora „Czapka” prostą przeszedł na gumie, zawrócił i znowu popis czyli koło u góry i tak szedł do połowy drogi (dla niezorientowanych to jakieś 200 metrów).
Opadł, przebił na dwójkę i replay koło wysoko ciągnie i ciągnie, pewnie mu się podobało bo kiedy zaczął spadać okazało się że zostało 30 metrów do ciasnego zakrętu a na budziku jakieś 150 km/h, wszyscy w szoku jak on zrobi ten winkiel. Całą zimę go trenował czy co?
Ale czar prysł kiedy to nacisnął przednie heble i motor jak baranek położył sie do snu. Wtedy to nasz matador po paru sztuczkach akrobatycznych, gubiąc kask przy pierwszym spotkaniu z asfaltem uderzył „pałą” w ziemną skarpę.
Kiedy podbiegłem do niego, widać było że chciał nucić piosenkę „CO JA TUTAJ ROBIE”. Patrząc z perspektywy czasu, udzielona szybka akcja ratunkowa miała tyle wspólnego z udzielaniem pierwszej pomocy, co ja z narkotykami, czyli nic.
Było parę samochodów więc wołam „Pegaza” dawaj auto ale on w większym szoku niż „czapka” zrobił z 5 kółek wokół własnej osi, potem jeszcze 3 w koło samochodów zanim trafił do swojego.
W drodze do szpitala pacjent pytał tylko co z moją twarzą? A ryjek był nie źle obity i nos cały w ziemi.
W szpitalu standard prześwietlenia, kroplówka itd. Kiedy wróciliśmy na miejsce po godzinie nasz kolega „Staś” stał dalej w tym samym miejscu z otwartą „japą”, więc naprawdę było ostro!
Wszystko skończyło się dobrze „czapka” po paru godzinach wypisał się ze szpitala na własne życzenie, niestety nasz matador będzie musiał opuścić arenę na jakiś czas.
odnośniki











